Zakładki:
To czyta mama / tata nie czyta blogów wcale
|
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Zębowe bujanie
Ogłaszam oficjalnie, że pierwszy ząb wypadł a nasza córka jest szczerbatką! W piątek pod wieczór bujał się już na tyle konkretnie, że sama robiłam zakusy jakby tu go ukręcić, ale Stefa idąc po schodach do łazienki sama go sobie wypchnęła językiem. Było odrobinę krwi, ale tym razem wywołało to szeroki uśmiech dumy. Stefa popiskiwała z radości. Doczekała się! Wykonała krok do dorosłości : ) Potem zaczęła się akcja z wróżką zębuszką. Na szczęście udało mi się znaleźć pojemniczek na zęba, który od dawna czekał na swoją cenną zawartość. Pierwszej nocy Stefa nie włożyła pojemniczka pod poduszkę co nas uratowało bo nie mieliśmy w portfelach ani gorsza na podmiankę za zęba. Przyjęła to wytłumaczenie ze zrozumieniem jako efekt swojego własnego zaniedbania. Drugiej nocy niestety zapomniałam o całej akcji i było wielkie poranne rozczarowanie, ale wytłumaczyłam Stefie, że to weekend i wróżka na pewno ma wolne i odpoczywa i już następnej nocy to na pewno przyjdzie. Uwierzyła!! Trzeciej nocy nadal nie byłam w bankomacie a do tego wypiłam kieliszek czegoś tam i nie mogłam pojechać wypłacić kasy...Masakra! Wpadłam więc na szatański pomysł by podarować Stefie w imieniu wróżki zębuszki...jej własne pieniądze z jej własnej skarbonki...wiem, wiem, wiem - oszustwo podwójne albo nawet potrójne...ale co miałam zrobić?! Dzisiaj włożę z powrotem to 50zł, które rąbnęłam na okoliczność podarku zębowego. Dziś było już prawie dobrze. Wpadła rano do naszej sypialni zalana łzami, że wróżka była i zostawiła kasę, ale zabrała zęba a ona miała pokazać dzieciom i Pani w przedszkolu...cholera! znowu coś źle z tą stomatologiczną jędzą! Spokojnie wytłumaczyłam jej ocierając łzy, że taka jest zasada wymiany, ale wróżka wiedziała że jej na ząbku zależy więc wsunęła go do mnie pod poduszkę a ja się w nocy obudziłam i go znalazłam i schowałam do takiego woreczka, który jest w tamtej szufladzie! Uff uff - uratowani. Nie, kochanie, nie widziałam wróżki a obudziłam się bo chciało mi się siusiu! Mam nos jak stąd to Warszawy!
czwartek, 05 kwietnia 2012
Halleluja!
Halleluja! (bynajmniej nie w związku z nadchodzącymi świętami) Nareszcie jakiś zębowy przełom w naszej rodzinie! Ponieważ podejrzewany o bolesne ząbkowanie, przy najmniejszym grymasie Olek, poważnie olewa swoje zadanie wytworzenia uzębienia do rozdrabniania, to napięcie stomatologiczne w naszej rodzinie zrobiło się ostatnimi czasy bardzo poważne... - on w końcu jutro kończy 10 m-cy! Inicjatywę w tym zakresie przejęła w dniu dzisiejszym moja nieustraszona Pusia! Jest jest jest! Rusza się pierwszy ząb - lewa jedynka rozkołysała się dziś w przedszkolu po zjedzeniu banana : ) Natychmiast po przyjściu do domu Stefania poprosiła o banana w celu podtrzymania procesu "bujania" - chodzi przecież o doniosłe spotkanie z zębową wróżką, która wg. Stefanii przychodzi o północy. Twierdzi, że nie będzie spała bo przecież raz jak były "fajerberki" to jej się udało doczekać północy...wzruszające...tylko skąd skołować zębową wróżkę...??i to o północy...?? No nie wiem. Na razie na jutro skołowałam Panią rehabilitantkę do naszego młodszego dziecka bo jest bardziej drewniany niż Pinokio. Raczkowanie go nie interesuje i w ogóle jakakolwiek forma wysiłku fizycznego nie jest mile widziana - przy podawaniu czegoś do zjedzenia rączki raczej idą do tyłu, ale buzia się otwiera - jasny przekaz - "jestem małym leniem". Nie sądziłam, że zanim skończy rok już trzeba będzie ładować w niego zajęcia dodatkowe. Świat staje na głowie - dzieci tracą swój naturalny spryt i trzeba je "stymulować". Absurdalne. Zobaczymy co ta Pani nam powie jutro. Wracając do zębów to pewnie skoro Stefanii wypadnie to u Olka się pojawi - w naturze nic nie ginie : ) Uzupełniając dane o rozwoju Olka to oprócz tego, że nie raczkuje i nie ma zębów to nie ma też włosów (chyba że te piórka na głowie ktoś chciałby tak nazwać...) Do tego ma genialne poczucie humoru i jest "ludzkim dzieckiem" - daje pospać i ogólnie pożyć : ))
poniedziałek, 19 marca 2012
Po obu stronach brzucha
Jutro równonoc wiosenna. Tyle samo trwa dzień i noc - ład, porządek, symetria - to lubię : ) Jutro moje urodziny - chyba jednak gwiazdy mają wpływ na to jacy jesteśmy.. Ostatnio taką "równonoc" zaliczył Olek - 6 marca minęło równo 9 miesięcy od dnia jego narodzin. Pomyślałam wtedy że to takie symboliczne - 9 miesięcy TU i TAM, po tej i po tamtej stronie brzucha. Zrównały się 2 światy - ten bezpieczny bez "gryzących" metek, kataru w nosie, twardej kupy która nie chce wyjść, wypełniony bulgotaniem i falowaniem z tym, w którym spada się z łóżka na podłogę bez amortyzacji, w którym swędzi i nie wiadomo jak się podrapać, w którym bolą zęby których jeszcze nawet się nie ma! Nie wiem do jakich przemyśleń na ten temat dochodzi Olek i jak wypadło jego podsumowanie. Na szczęście świat TU wypełniony jest też wybuchami śmiechu Stefanii, ciepłym mlekiem i smyraniem po pleckach. Ktoś tam, gdzieś tam przeczytał, że dziecko człowieka jest po urodzeniu najmniej przygotowanym do przetrwania ssakiem. Jest zupełnie bezbronne, zależne i w zasadzie powinno spędzić w brzuchu jeszcze 3 miesiące dla osiągnięcia bezpiecznej w naturze dojrzałości. No nie wiem, rozpatrując sprawy w ten sposób mogłoby tam siedzieć i do osiemnastki ; ) albo dłużej - niektórym całe życie nie wystarcza na osiągnięcie tego spektakularnego wyczynu. Co do mojej percepcji czasu TU i TAM mam wrażenie, że było podobnie z tą różnicą że w ciąży chciałam żeby czas biegł wolniej a po ciąży chciałam żeby biegł szybciej - chyba nie najlepiej to o mnie świadczy... To w zasadzie nie jest "równonoc" a raczej "równociąż" albo "równopłód" albo jakkolwiek...Pamiętam moje ostatnie urodziny z duużym brzuchem. Było jeszcze całkiem zimno - w zasadzie spadł tego dnia śnieg i pojechaliśmy do cukierni Bajka w Górkach...dobre agrestowe ciasto tam dają : ) Nawet Stefania to wczoraj przypomniała - byliśmy wtedy tylko we troje... I jeszcze o tym chciałam wspomnieć, że poczułam ostatnio że to jednak ważne mieć syna. A pomyślałam o tym za sprawą naszego sąsiada, który mieszka z żoną, córką i wnuczką - jednym słowem on i 3 baby. Na jego głowie dom i ogród a do tego działka pod Szyndzielnią. Okazało się ostatnio, że jest chory i to poważnie. A kto naprawi dachówkę co ją wiatr zerwał, kto zabezpieczy płot, kto wytoczy kubły ze śmieciami, kto wyniesie donice z roślinami z domu na wiosnę....?? Smutne to. Olek - w Tobie nadzieja! Rośnij duży i silny i proszę mi nie emigrować a przynajmniej nie robić tego beze mnie! Na razie to byś chociaż raczkować zaczął leniwcu mały! Martwię się...ale to chyba żadna nowość - o coś zawsze się martwię. Mam na drugie imię Zmartwiona.
niedziela, 26 lutego 2012
Jak ryba w wodzie
Na mój ostatni wpis o sportowej ambicji i wielkim walczaku w małej Stefanii moja siostra powiedziała - "nie przesadzaj, pamiętaj - przez sport do kalectwa" Biorąc sobie jej słowa do serca posłałam Stefkę wczoraj i dzisiaj na narty a na dobre zakończenie sportowego weekendu wybrałyśmy się razem na basen. Ta mała bździągwa jeszcze nie pływa a już rzuca się na wodę jakby nic nie mogło jej się stać! to nie na moje nerwy. Niech Pan Rysio z Panem Olkiem dalej uczą ją pływać bo ja wymiękam jak ona nie umiejąc pływać odbija się od murka i....trzepocząc się...idzie na dno. Startowałam do niej dzisiaj co najmniej trzy razy z połowy basenu wyławiając ją szamoczącą się spod wody! Czego oni ją uczą na tych basenowych zajęciach?! rozumiem że "przełamujemy strach przed wodą" ale może też "zachowujemy zdrowy rozsądek i nieco pokory"?? Skacze z murka, siada na dnie basenu każąc przytrzymywać się za głowę (okropne wrażenie wpychać pod wodę własne dziecko) i desperacko szamocząc się w próbach strzałki idzie pod wodę a potem wynurza się i prawie puszcza pawia...w ogóle się nie zraża. Po 3 sekundach kołuje już inną ryzykowną akcję...Uczyłam ją dzisiaj jak robić "korek" - załapała i bardzo jej się spodobało. Wydaje mi się, że sama nie dawno uczyłam się robić korek na basenie pod groźnym spojrzeniem trenerki p. Ewy. To chyba jednak nie było niedawno... skoro czas tak zapyla a ja nawet tego nie zauważam to powinnam być bardziej czujna bo ja się dopiero rozkręcam a tu już niedługo trzeba się będzie pakować : ) Fajnie że możemy iść razem na basen : ) Fajnie, że nie jest piczką która boi się zmoczyć włosy z różową spinką hello kitty! Kocham Cię Pusiu! Wiosną zabiorę Cię na konie!
czwartek, 23 lutego 2012
Niniejszym zadaję kłam
Niniejszym zadaję kłam pogłoskom rozsiewanym przez mącicieli, którzy twierdzą, że Olek jest fajtłapę i niedołęgą oraz leniem. Na poniższym zdjęciu klęczy przy barierkach łóżka - do klęczenie przeszedł samodzielnie z pozycji siedzącej. I co, głupio wam mącicieli?
niedziela, 19 lutego 2012
118 cm ambicji
Moja ambicja jest niczym w porównaniu z tym co drzemie w Stefanii. Jestem jej przestarzałą formą - zakurzona, deklaratywnie zorientowana w odpowiednim kierunku ale już nie tak zrywna i błyszcząca...Ona jest czystym żywiołem, esencją ambicji i maxem w ogóle. Wczoraj poszłyśmy razem na biegówki, na lotnisko. Była wcześniej tylko raz na biegówkach (z masakrycznie za długimi kijami), podłapała dość szybko technikę i wyglądało na to, że jej się spodobało. Wczorajszego ranka była najpierw na nartach zjazdowych w Szczyrku. To zajęcie z zasady męczy. Ochoczo jednak wybrała się ze mną po południu na biegówki. Byłam przekonana, że nie pojeżdżę i raczej zmarznę drepcząc przy niej. Okazało się, że Stefa upiera się żeby jechać dalej i dalej a nie zawracać. Trasa liczy jakieś 2,5 km, zapadał zmrok, robiło się zimno i zupełnie pusto na trasie... Kiedy minęłyśmy zjazd na małą pętle było oczywiste, że musimy zrobić całe koło. Nie byłam pewna czy to w ogóle możliwe. W tym sezonie na początku to jedno okrążenie, to był dla mnie wysiłek rozpalający płuca...ale, to 118 cm wypełnione jest po brzegi ambicją! Upierała się że nie zdejmie nart i nie będzie przy mnie biegła a dojedzie, chociaż upadała wiele razy. Mówiła mi " mamo! dam radę! uwierz we mnie" najpierw chciało mi się śmiać a potem płakać. Zdenerwowałam się kiedy zrobiło się zupełnie ciemno i pusto na trasie a dzwony w pobliskim kościele wybijały 18:00, czyli zamykali wypożyczalnie do której miałyśmy zwrócić jej sprzęt. Zaczęłam trochę pokrzykiwać, żeby się nie upierała ale kiedy upadając mówiła ze łzami w oczach "mamo, przepraszam" zrozumiałam, że ona tak bardzo chce wypaść przy mnie dobrze, że nie mogę jej tego odebrać. Zapaliła mi się lampka alarmowa, że chyba nakładam na to dziecko zbyt dużą presję, nie na nartach, nie w tamtej chwili, ale w ogóle. Moje oczekiwania choć staram się je kontrolować są dla niej zupełnie czytelne. Nie umiem ukryć tego drżenia powieki gdy coś nie wyjdzie, gdy znowu źle zagra melodię na fortepianie, rozjadą jej się nogi na biegówkach, albo przekręci wyraz ćwiczony na zajęcia logopedyczne. Nie wspomnę o tych momentach kiedy sama jestem w słabszej kondycji i nie kontroluję się wcale i czasem artykułuję moje niezadowolenie w mniej lub bardziej delikatny sposób...Jestem chyba złą, "chińską" matką. Stałam się maszyną, która chce jak najlepiej przygotować ją do tego konkurencyjnego życia. Nic nie poradzę na to, że ono takie jest. Nie widzę sensu, żeby z tym walczyć. Jedyne co mogę zrobić to ją zahartować. Teraz trochę przesadzam bo na szczęście Stefa nie jest znerwicowanym, zestresowanym dzieckiem, ale chyba ma ostatnio trochę dużo zajęć. Muszę to wszystko przemyśleć. Trudno uchwycić tę cieniutką granicę, w której "prezentujemy" naszym dzieciom zakres możliwości i "pozostawiamy możliwość wyboru" a nie jesteśmy już po drugiej stronie, gdzie "faszerujemy własnymi niespełnionymi ambicjami", "łamiemy osobowości" itp itd...Nie wiem. Boję się o nią. Gdybym miała do czynienia ze sobą wiedziałabym że można nacisnąć i raczej nie pęknie, ale ona? Ona przecież nie jest mną i co jeśli nie ma tej odporności? Dziś rozmawiałam z kimś, że poprzez nasze wybory ustawiamy ją w pewnych aspektach życia już teraz w pewnej opozycji do ogółu, tym samym narzucając jej konieczność stworzenia unikalnej własnej postawy a nie przyjęcia części masowych przekonań...trudno powiedzieć, czy taka mała dziewczynka dobrze poradzi sobie w tej roli. Nie jest łatwo być innym jak się ma 5 lat. Wiem to ja i wie to Marcin. Czy ona da sobie radę tak jak my musieliśmy? Odszyfrowywanie jej osobowości jest trudne. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko a jednak nie potrafię pewnych rzeczy powiedzieć o swoim dziecku "na pewno". Właśnie uświadomiłam sobie, że w czwartek wpadłam w totalny schemat i kierowana pączkującymi we mnie wyrzutami sumienia, ze moje ostatnio mniej kontrolowane emocje wobec niej zabrałam ją na zakupy, żeby wybrała sobie...lalkę.....wstyd, wstyd, wstyd, wstyd! Dzisiaj wyczuwając doskonale moje samopoczucie powiedziała "dlaczego ty mi nigdy nie zaproponujesz czegoś miłego - np. nie zabierzesz mnie do kina"? - zesztywniałam...Marcin usiłował przytaczać przykłady ostatnich "miłych wspólnych zdarzeń", ugięła się ale szukając dalej słabych punktów odparowała, że "to wszystko tylko wtedy jak Olek śpi, a on śpi krótko". Zrozumiałam, co chciała mi powiedzieć. Choć całusom i uściskom którymi go obsypuje nie ma końca, to prawda jest taka że nie jestem już tylko dla niej a przy okazji ilość zadań i poziom oczekiwań wobec niej rośnie...a Marcin jeszcze plecie, że za mało dyscypliny. Zupełnie inaczej to widzę. Muszę odszukać w sobie ciepło - jako baza a nie skok sinusoidy. Nie bardzo możemy odpuścić. Basen, fortepian, narty zjazdowe, narty biegowe, logopeda, tańce, czytanie....słabo mi się robi. W każdym razie do końca trasy dobiegła. Zajęło nam to 50 min (z kilkuminutową przerwą na pogawędkę ze starszym Panem na trasie) a Pan z wypożyczalni czekał na nas na zewnątrz, z papierosem i latarką. To była wielka przygoda i ważna lekcja. p.s podczas jednego z upadków na trasie Stefa wyskoczyła z za dużego buta w rozmiarze 36 kuśtykając po śniegu w skarpetce żeby złapać nartę z butem...nawet to nie przekonało jej, że czas już sobie odpuścić. Po kim ona to ma? ; )
Dzieciaki śmieciaki
Jak widać na zdjęciach u nas całkiem wesoło.

Ps. Niedługo mamy okrągłą siódmą rocznicę bloga ...
wtorek, 31 stycznia 2012
Na dobranoc
Czytam dziś Stefie na dobranoc doktora Dolittle i jest tam tekst o tym, że przyszedł do doktora kataryniarz z małpką (stąd wziął się Czi-Czi) i pytam ją: - Stefciu, czy wiesz kto to jest kataryniarz? absolutnie pewna odpowiada: - tak, to taki Pan co ma bardzo duży katar : )
MA-MA jest trudne
Mówię dziś rano do mojego syna: - powiedz MA-MA a on na to - APAP?
mówię do niego wieczorem: - powiedz MA-MA a on na to - ATATA?
...beznadziejnie...
piątek, 13 stycznia 2012
 Jesienią w górach. Uwaga - mały Olek leży przy pieńku  Razem : )   Total fun - wspólna kąpiel - Weronika i Misiek (Olka nie ma pod pianą)  5 urodziny mojej PUSI - bardzo fajnie było, mam nadzieję że dzieci też tak myślą...  U babci-pra. Troje do kochania!
|