Zakładki:
To czyta mama / tata nie czyta blogów wcale
|
piątek, 13 stycznia 2012
 Jesienią w górach. Uwaga - mały Olek leży przy pieńku  Razem : )   Total fun - wspólna kąpiel - Weronika i Misiek (Olka nie ma pod pianą)  5 urodziny mojej PUSI - bardzo fajnie było, mam nadzieję że dzieci też tak myślą...  U babci-pra. Troje do kochania!
Bystry Olek i Stefa dama
Zima za oknem - spadł dzisiaj śnieg. Nie zrobiłam jeszcze budżetu na ten rok...nie mam weny. Olek przedwczorajszej nocy czyli w czwartek 12 stycznia spał jak kamień aż do 8 rano! Jednym słowem była to pierwsza noc bez wstawania po mleczną mieszankę : ) Następnej nocy już tak dobrze nie było...obudził się o 5 rano. Krok do przodu i dwa w tył - wszyscy to wiedzą.
Z Olkiem jest dobrze - jest pogodny, fajnie zasypia bez konieczności wyczołgiwania się z pokoju, jako tako zjada (głównie desery), czasem ma zaparci (musiała być wstawka o kupie ; ) Nie rozwija się jakoś nadprogramowo ale chyba raczej wszystko jest ok. Nie przepada za leżeniem na brzuchu, ale jak ma powód to bez problemu przewraca się z pleców na brzuszek. W zasadzie siedzi - trzymamy raczej ręce w pobliżu bo jeszcze nieoczekiwanie leci mu ta ciężka łysa głowa na dowolną stronę. Nadal jest Olkiem łysolkiem...no trudno.
Coś tam sobie gada - jakieś "baba" "dada" a przed świętami było nawet wyraźnie "tata". Strasznie zadowolony był mój M. No cóż...w każdym razie dzieciak wycofał się sam z tej niefortunnej próby mówienia ; ) czyli jak wyżej - krok w tył.
Jakoś tak bezproblemowo sobie rośnie. Nie mogę się doczekać jak latem będzie stawiał pierwsze kroki w ogrodzie. Olek-babolek jest bardzo bystrym dzieckiem. Nie trzeba go zachęcać do eksplorowania czegokolwiek, co ma w pobliżu. Jest ciekawskim kombinatorem. Muszę przyznać, że chyba bardziej skorym do nowych odkryć niż Stefcia, kiedy była na tym etapie.
U Stefy natomiast coraz częściej obserwujemy pewne cechy charakteru podobne do tych, które ja mam. Na szczęście usposobienia ma taty - skłonność do jajcarskich wygłupów nieustająca. Z żalem odnotowałam fakt, że w nadchodzący weekend dokonała wyboru występów z grupą przedszkolaków w OSP Jaworze zamiast występu w swojej szkole muzycznej z grupą Dźwiękoludków. Dla niewtajemniczonych - OSP to REMIZA! Nie będę komentować szerzej tego wyboru. Pękło mi serce, ale nie powinnam się dziwić - funduję dziecku życie na wsi to mam co chciałam... Stefa jest absolutnie boskim dzieckiem. Mądra, zrównoważona, rozsądna a do tego wesoła, ufna i odważna - nie mogłam nawet chcieć mieć fajniejszego dziecka. Tak mi miło, jak ktoś ją pochwali - ostatnio trener z basenu powiedział do mnie - "wie Pani, to jest świetny dzieciak, może być Pani z niej dumna" No! Jestem! W najbliższą niedzielę narty z instruktorem po raz pierwszy. Duuża sprawa. Bardzo się cieszę, że mogę więcej zaproponować moim dzieciom niż moja mama mogła mnie (mam na myśli lepsze możliwości finansowe, organizacyjne i ogólnie większą dostępność ciekawych form spędzania czasu). Chce przecież żeby była prawdziwą damą - piękną, mądrą, wysportowaną grającą na pianinie... : )) A potem znajdę jej fantastycznego i bogatego męża i będę żyła długo i szczęśliwie w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku rodzicielskiego (ostatnie zdanie to oczywiście prowokacja dla M - ciekawe czy będzie riposta na temat tego, co trzeba dziecku dać zamiast bogatego męża ...czekam kochanie na nasz ulubiony mini-spór w którym gramy te nasze role - Ty piewcę wyższych wartości a ja pragmatyczną realistkę...zapraszam : )
piątek, 30 grudnia 2011
Zimowe szaleństwo
Dzieci chorują naprzemiennie. Cudowna pora roku... Glut przyspawany do nosa na stałe. Masakra! Chyba kupię maseczki i zarządzę domowe kwarantanny przymusowe bo zarażanie się nawzajem nie jest fajne. Istne zimowe szaleństwo! Tylko jakoś narty i sanki pogubiłam podczas sprintu po chusteczki do nosa : ) Wszyscy walą czosnkiem a produkcja syropu z cebuli nie ustaje. Olek jest w tej sytuacji zupełnie bezbronny. Zima zima zła!
wtorek, 29 listopada 2011
MILK NO MORE
Jak to mawia pewna pani z Warszawy kończę dziś „karmić
biustem”. Dziwna taka cezura – wcale nie umowna, ale absolutnie jednoznaczna.
Dziś w nocy lub jutro wcześnie rano nakarmię go ostatni raz piersią. Potem już
tylko butelka a dalej tak zwane pokarmy stałe
- vide śmierdząca kupa. Niestety – z krainy naturalności wprowadzam
mojego synka w świat glutaminianu i benzoesanu sodu, polepszaczy, spulchniaczy,
wypełniaczy, barwników, aromatów identycznych z naturalnymi i regulatorów
kwasowości. Genetycznie modyfikowany, ostrzykany świat pełen antybiotyków i E
od 1 do nieskończoności…to teraz będzie świat, który mój dzidziuś połknie,
przetrawi w swoim małym brzuszku i miejmy nadzieje za przeproszeniem wysra bez
komplikacji. „Sztuczne” mleko dostaje już na noc od miesiąca – sama nazwa jest
odrażająca…chociaż nie – to się przecież nazywa „mleko modyfikowane”…od razu
lepiej! Modyfikowane mleko podane przez silikonowy smoczek z plastikowej
butelki – masakra.
Nie rozumiem kobiet, które nawet nie podjęły próby
podarowaniu swojemu dziecku na starcie czegoś najcenniejszego czyli siebie w
najlepszej formie – czystego, ciepłego, idealnie zbilansowanego pokarmu. Nie
chcę być politycznie poprawna i rozumieć ich punktu widzenia! Chociaż w
zasadzie nic mnie to nie obchodzi. Obchodzi mnie tylko to, że to nasze
milk-love-story dobiega końca. Nie w tym rzecz żebym była fanką powyciąganych
sutków i obwisłych piersi, ale jakoś nie zauważyłam u siebie tych efektów
ubocznych. Ja mam przed oczami ten błogostan na jego twarzy, to czarodziejskie
ukojenie, tę opadającą główkę, kiedy wypuszcza z cmoknięciem pierś z buzi i
zasypia z uśmiechem na twarzy.
Nie przepadałam natomiast za zwierzęcym wywąchiwaniem mnie
przez warstwy ubrania i szarpaniem za nie. Głodny bezbłędnie wywąchiwał moją
pierś i rzucał się na nią z dźwiękiem „ham” a potem już tylko dwa albo trzy
głośne „smok, mlask” i już idealnie przyssany ciągnął ze mnie mleko i kalorie :
). Najpierw czułam intensywny wypływ mleka – tak jakby ktoś pociągał za
cieniutkie jedwabne niteczki wewnątrz moich piersi i słyszałam jego równomierne
połykanie, co trzecie albo czwarte „pociągnięcie”. Co jakiś czas zarzucał
intensywną pracę ssącą i miarowo i energicznie „podlizywał” pierś tak jakby
wprowadzał leciutką wibrację. Nie wiem, czemu miał służyć ten zabieg – może to
jego przerwa techniczna albo sposób na „napędzanie mleka”. Czasem rozproszony
nagłym hałasem wypuszczał pierś i odwracał głowę a wtedy cieniutką strużką
mleko tryskało mi z piersi najczęściej na jego buzię. Umazany tłustawym mlekiem
na rumianych pucołowatych policzkach wydawał się szczęśliwy i wyglądał
cudownie. Po zaspokojeniu pierwszego uczucia głodu, gdy z brzucha do głowy
dotarł sygnał sytości jego rączki przestawały już tak błądzić chaotycznie, co
chwilę zaczepiając o jakąś część mojej garderoby. Jego dotyk stawał się
hiperdelikatny i czuły. Bezwiednie leciutko gładził moją pierś. Małe zwierzątko
było już zaspokojone – syte i szczęśliwe, i ja też.. …Jak ja to wszystko
zastąpię tym modyfikowanym przez silikon…??
Pomijając sferę emocjonalno-lekko histeryczną, którą
prezentuję powyżej jest jeszcze kilka aspektów praktycznych tego zagadnienia:
- jak położyć go spać – pierś uspokajacz działa cuda
- jak kontynuować spadek wagi bez jego pomocy w zjadaniu
moich zbędnych zapasów ?
- jak podróżować – czy baca będzie miał wrzątek ?
- jak zbudować równie intymną i czułą relację jak te kilka
minut kilka razy w ciągu doby?
- jak wybaczyć sobie, że zdarzało mi się gadać przez telefon
albo pisać coś na komputerze albo oglądać TV karmiąc...wiem, wiem…beznadzieja
- i w końcu – jak się przyrządza to cholerne mleko ?!
(zawsze robi je Marcin) i jak się nie zabić nocą zbiegając po schodach do
kuchni?
- kto zarobi na ten diabelski specyfik i to jeszcze w wersji
HA bo przecież po zwykłej się zatkał i oprotestował wydalanie
- kto mi wytłumaczy co oznaczają te wszystkie trudne słowa
zawarte na etykiecie mleka z puszki?
- czy nie pękną mi cycki??
A wszystko dlatego, że muszę się poddać leczeniu. Jutro
wprowadzą do mojego organizmu leki biologiczne, których mały Olek nie powinien
dostawać nawet w wersji rozcieńczonej mlekiem…Przepraszam synku, ale chcę być
zdrowa dla Ciebie i Twojej siostry, żeby cieszyć się z Wami waszą energią i
dotrzymać Wam kroku. Za tydzień minie pół roku. To chyba całkiem nieźle…wszyscy
pytają „no a ile chciałaś go karmić ? aż skończy dwa lata?” Nie wiem…ale nie
jestem jeszcze całkiem gotowa na takie raptowne zerwanie. Dzisiaj dowiedziałam
się, że jutro rano szpital. Choć spodziewałam się tego telefonu każdego dnia od
dwóch tygodni to jednak kilkanaście godzin na tak radykalną zmianę to trochę
mało…
Cholera mogłam odciągnąć trochę mleka na zapas! Za późno –
już raczej nic nie utoczę. Prawdą jest też to, że od jakiegoś tygodnia to moje
mleko jest chyba raczej mizerne, bo już się nim tak nie najada – czasem już po
godzinie jest znowu głodny. Wspominając początki karmienia - nie udało nam się
z Olkiem ustalić harmonogramu wg Tracy Hog. To co było dobre dla Stefki nie
było dobre dla niego. Nie mogliśmy jakoś się porozumieć w tej kwestii i jedno
było jasne – był nieszczęśliwy jak narzucałam mu reżim – co 2,5 h. Stefka jest
najwyraźniej bardziej zdyscyplinowana. Olek komunikuje od początku jasno swoje
potrzeby i klarownie również zbojkotował grafik karmienia. Chciał się
przytulać, ciućkać i popijać według własnego uznania. Poddałam się i wszyscy
staliśmy się szczęśliwsi – dobrze, że w porę to zrozumiałam. No i jeszcze nie
robił mu się na górnej wardze taki bąbelek-trabelek jak Stefci. Mleko ulewało
się do jakiegoś czasu konkretnie, ale potem zostało już tylko donośne beknięcie…Niestety
jakoś nie czułam, że ”dzidziuś pachnie mleczkiem” jak komentowali inni…Piszę to
wszystko, bo wygląda na to, że już więcej nie przeżyję w życiu takiej przygody
i ta laktacyjna historia z Olkiem to był drugi i ostatni raz. Warto zapamiętać
te chwile. Polecam!
A teraz adios laktacjo! Adios monopolu na żywienie. Witajcie
nowe horyzonty gastronomiczne. Kulinarne nowe lądy czekają na odkrycie przez
Ciebie mój synku. Poznawaj, posmakuj, pokochaj i wybieraj rozsądnie, bo ja
wierzę głęboko że jesteś tym, co jesz. Dzięki Tobie od prawie pół roku nie jem
świnek i krówek i dobrze mi z tym. To co? Może jutro jarzynowa na króliku ?
środa, 19 października 2011
PKP jest złe...a ja?
5.10
Atmosfera zgoła inna, od tej sielskiej i ckliwej z poprzedniego
wpisu.
Wakacje się skończyły. Kropka.
Mam zadyszkę. Nie nadążam pobyć sobą. Wczoraj udało mi się
poleżeć w wannie i przejrzeć Vivę. Tylko dlatego, że tak się skatowałam
jesiennymi, całodziennymi porządkami w ogrodzie, że bez kąpieli w soli chyba bym
umarła. Wszystko na akord. Wszystko zaplanowane. Wszystko bez skuchy. Robiąc
jedno myślę o następnym i układam strategię na jutro, tydzień i miesiąc. Dalej
nie daję rady. A jeszcze nawet nie wróciłam do pracy. Chodzi o to, żeby dzieci
były czyste i zadbane, żeby w domu były do jedzenia pyszne rzeczy, żeby zakupy
były zrobione i w pracy wiedzieli że jestem na bieżąco. Czasem udaje mi się
poćwiczyć jogę, ale wtedy nie zajrzę do sieci, nie napisze nic na blogu…Nie
odbieram raczej telefonów – to strata czasu. Trochę czytam, ale „poszarpane” te
książki – mam tak długie przerwy, że nie pamiętam co było wcześniej albo jestem
zbyt zmęczona i przy dziesiątym zdaniu literki spływają mi ze strony na kołdrę…
Jak to robią inne, fajne mamy?
Dziś, na siłę – żeby zrealizować mój plan zmusiłam Stefę do
wspólnego pisania listu do koleżanki. Byłam tak zmęczona i sfrustrowana że to,
co miało być miłą wspólną chwilą zamieniło się w trening pisowni z trenerką
zupełnie pozbawioną cierpliwości…kiedy usłyszałam siebie jak krzyczę –
postanowiłam odpuścić…
Jednak żel mi tej Stefci. Jednak mnie nie ma tak jak kiedyś.
Ona jeszcze nigdy mi tego nie wypomniała. Jest taka „dorosła”. Już niebawem
będzie za późno i teraz to mnie prześladuje. Jak młody będzie trochę bardziej
samodzielny – powiedzmy będzie miał 3 lata to Stefa będzie wtedy już miała mnie
gdzieś. Nie wygram z koleżankami, Hanną Montaną i innymi atrakcjami.
Bezpowrotnie uciekną nam te wszystkie chwile, które mogłyśmy fajnie spędzić
razem.
Stefa przestała rysować. Chyba nie ma kiedy. Nowe
przedszkole to tyle zajęć…basen, angielski, logopeda – mam co chciałam. Potem
tylko dobranocka i spanie. A kiedy ja?, a kiedy my? a kiedy rysowanie? No może
to dlatego, że była piękna pogoda i ten krótki czas po przedszkolu spędzała w
ogrodzie i na spcerach – orzechy, ostatnie maliny, kasztany, żołędzie, jabłka –
to tez są ciekawe rzeczy. To taka fajna dziewczyneczka. Gdybym miała więcej
czasu stać by mnie było na wiecej, dla niej. Wszystko wydaje mi się nie dość
dobre dla niej. Książki, które kupuję w pośpiechu, płyty z kiepskiej jakości
wykonaniem dziecięcych hitów…mam do siebie żal, że nie mogę poświęcić na
poszukiwania i wybór więcej czasu bo pewnie wyszukałabym te najbardziej
wartościowe. To trochę takie pośpieszne plasterki na poobijane sumienie…A wszystko
sprowadza się do karmienia. Nie wiem jak długo dam radę działać tak chaotycznie
i rzucać wszystko i rzucać się pędem, „bo on może przecież być głodny” Noce są
słabe – je bardzo często. Za często żebym była wyspana. Teraz ma katar –
odciągam gluty pomiędzy karmieniami. Karmię co 2,5 h. To ile śpi Marysia ?
Zadanie do rozwiązania. Rozwiązaniem jest pewnie butelka…ale może jeszcze
trochę, może jeszcze dam radę. Muszę, koniecznie muszę umówić się na masaż, bo
mi kark i łopatka odpadnie.
Z rzeczy fajnych – fascynujące jest oglądanie jak usprawnia
się ręka Olka, jak każdego dnia chwyta coraz pewniej, jak coraz bardziej ją
prostuje i wyciąga po coraz dalsze przedmioty. Pierwsze chwyty zaliczył chyba
na wakacjach czyli jakoś w połowie września. Grzechotką jeszcze nie potrząsa
świadomie, ale już ją łapie, mocno trzyma i oczywiście pakuje do buzi.
Z serii wielka przygoda małego Olka - jechał ze mną
pociągiem tydzień temu. Był bardzo grzeczny. PKP jest tak totalnie „matka z
małym dzieckiem” unfriendly, że bardziej chyba nie można. Gdyby była taka
konkurencja to są mocnym zawodnikiem…Wsiadanie do pociągu z wózkiem, torbą i
dzieckiem rzecz jasna…a gdzie wózek ma stać? przy kiblu rzecz jasna - a ja mam do wyboru zostawić dziecko w wózku przy kiblu i
wygodnie siedzieć w przedziale bądź wisieć nad wózkiem - przy kiblu…Fartownie
zostaje jeszcze EC z wagonem bezprzedziałowym i pierwszymi miejscami przy kiblu
(oczywiście) gdzie jest sporo miejsca i wózek się mieści przed fotelami.
Szkoda, że Pani w kasie na dworcu nie umie sprzedać miejscówki na te konkretne
miejsca. Prosta rzecz jak przewijak rozkładany (typu Ikea) byłby bardzo mile
widziany W KIBLU (rzecz jasna), ale nie – nie ma. Pozostaje przewijanie dziecka
w wózku, lub na fotelu obok mnie (kupiłam dziecku miejscówkę – hurra) i
dzielenie się z podróżnymi uroczym, mlecznym zapachem kupy! – może też się
wzruszą, jak ja, że mój synek tak pięknie się zesrał …Na szczęście Olek nie wył
bo nie wiem co by mnie uratowało. Rodzina niemieckich Romów (chyba) na moje
stanowcze „nie obchodzi mnie jakie Państwo mają miejsca, ja tu zostaje bo to
jedyne miejsce gdzie mogę siedzieć” pod wpływem mojej desperacji
pobrzmiewającej w głosie i pomimo bariery językowej, szybciutko zakręciła się
ze swoimi tobołami za jakimś nowym tymczasowym terytorium do objęcia.
I to ciągłe napięcie – uda mi się wysiąść z tym całym
majdanem w wawie czy pojedziemy do Olsztyna? Ola będzie czekać czy się spóźni?
Matko, a jak się spóźni?!..poprosić już tego młodego chłopaka o pomoc czy
znienacka napaść kogoś przy samym wysiadaniu…Oto prawdziwe dylematy młodej mamy
w PKP : )
środa, 05 października 2011
Wakacyjny dłuuugi wpis - nie o wakacjach
13.09.2011
Jestem na wakacjach. Mam trochę więcej wolnej przestrzeni w
głowie do zapełnienia jej przemyśleniami na temat mojego „nowego” i „starego”
macierzyństwa.
Z Olkiem jest tak, że jesteśmy w sobie zakochani. Pozwalam
sobie na to odważne i pewne stwierdzenie dotyczące jego uczuć (bo swoich jestem
absolutnie pewna) bo on tak na mnie patrzy…Tak na mnie patrzy jak patrzył
Marcin jakieś 6 lat temu...„Maślane”, nieskończone spojrzenie z półuśmiechem,
przymrużonymi oczami, które też się śmieją…i tkwimy w tym stanie. Pełna
akceptacja – szaleństwo endorfin. To jest miłość po prostu. Ten uśmiech, to
spojrzenie wypełnione zauroczeniem i to zawieszenie w zachwycie nie mogą być
niczym innym jak miłością. Na tym etapie możemy to sobie wzajemnie okazać chyba
tylko tak. Ja oczywiście z miłością karmię, przewijam, ubieram, rozbieram i
kąpie a on wgapiony we mnie daje mi całe swoje 3 miesięczne serduszko. Jak
spojrzy na mnie i powoli zaczyna się uśmiechać a potem tak patrzy nadal z
zadowoleniem na twarzy, które nie przemija to wiem, że jestem fajna, że mu się
podobam – po prostu wiem, że mnie lubi całym sobą. To jest absolutnie cudowne
przeżycie! Uwielbiam, te nasze „wzrokowe” randki. Olek – I love you! Mój
telefon pęka w szwach od jego zdjęć. Dokumentuję każdy jego nowy gest i dzwięk,
który wydaje. Megabajty Olka rozsadzają mi komórę : ) I niech tak będzie, bo wiem dobrze, że „to se ne wrati”, że
ten bezkrytyczny zachwyt jest tylko teraz. Nie jestem głupia – mam już prawie 5
letnią córkę a poza tym mam tez mamę ; ) Olinka moja kochana! Tak zabawnie jest nazywać go „po
dziewczyńsku”. Czasem mylę się i do Stefci wołam Oleńko a do niego Stefciu.
Oboje nie mają mi za złe na szczęście.
Największym moim zmartwieniem przy okazji mojej drugiej
przygody ze wczesnym macierzyństwem nie było karmienie piersią ani nieprzespane
noce ani odparzenia pupy czy harmonogram szczepień. Martwiłam się czy miłość
uda się pomnożyć, czy da się ją „rozpączkować” i cudownie napęcznieć nią tak,
aby wystarczyła dla dwójki.Początkowo wydawało mi się to niemożliwe. Kiedy pojawił się
w domu, byłam zrozpaczona. Myślałam tylko o Stefci. O tym, że nie ma mnie przy
niej, żeby poprawić gumeczkę na włosach, podać buty z szafki, podsunąć serwetkę
do ust kiedy je i w porę wysmarkać nos…każdy zaniedbany w moim mniemaniu
szczegół, który jej dotyczył był dla mnie ciosem. Nie mogłam się pogodzić z
tym, że jakieś rzeczy wokół niej nie są już tak „dopracowane” a ja fizycznie do
czegoś nie sięgam albo nie mogę czegoś przynieść lub zrobić, kiedy wisi przy
mojej piersi mały człowiek, którego w dodatku nie za dobrze znam…Miałam mu
trochę za złe, że takie rzeczy się dzieją. Obwiniałam go za to, że uczynił mnie
matką niedoskonałą dla Stefci. Ech, ech bzdury, bzdury z dzisiejszej
perspektywy, ale naprawdę tak czułam. Byłam wściekła, kiedy budził się
wcześniej niż to zaplanowałam a właśnie zaczynałam ze Stefą malować albo pisać
literki. Nie byliśmy jeszcze wtedy w sobie zakochani i szczerze mówiąc naprawdę
mało o sobie wiedzieliśmy.
Z czasem zaczynałam poświęcać mu więcej myśli i już nie
czułam się winna, że myśląc o nim nie myślę o Stefię, bo i tak niestety bywało
na początku. Przestałam już płakać i powoli ta fala niezgody i bałaganu we mnie
słabła, choć wszystko nadal się kołysało…Czując się w ten sposób, jednocześnie dobrze wiedziałam, że
to musi minąć. Przecież miliony ludzi mieli i mają więcej niż jedno dziecko i
wyglądają a nawet potwierdzają, że są bardzo szczęśliwi. Zastanawiał mnie ten
moment. Ten czas, kiedy to nastąpi. Nie wyczekiwałam go, ale z zaciekawieniem i
czujnością się go spodziewałam, co niestety nie uchroniło mnie przed wanną łez
i totalną huśtawką. Ta chwila była kusząca, bo miała uwolnić mnie od męczących
rozterek, ale z drugiej strony wiedziałam, że kiedy przyjdzie, to Stefcia raz
na zawsze przestanie być najważniejsza. Już na zawsze odejdzie jej „jedynactwo”
w moim sercu, jej wszechwładność i wszechmocność wobec moich uczuć. Dzisiaj patrzę na Stefcię i myślę – „no i rzeczywiście
dziewczyno – stało się”. Okres jednowładztwa się skończył. Jestem już naprawdę
matką dwójki dzieci. I do tego jaką dumną!
Nadal nachodzi mnie chwila sentymentu nad tamtymi czasami i odrobina
żalu nad jej pozycją, która tak bardzo się zmieniła czasem mnie dopada. Jak to
dobrze, że ona tak tego nie odbiera. Ja, jak zwykle prześwietlam wszystko i
nadgorliwie rozkładam na elementarne części. Dziecięca radość Stefki nie jest
obciążona tymi wszystkimi uprzedzeniami i stereotypami które mam ja. Fajnie, że ona jest taka fajna.
Fajnie, że jest fajniejsza ode mnie! Zawsze mogę powiedzieć, że to łatwe bo ma fajniejszego tatę
; )
Dzieci, dzieci, dzieci – tak fajnie to brzmi – „dzieci śpią”
: ))Dziś po raz pierwszy „dzieci śpią razem w jednym łóżku”.
Marcin ich po prostu położył a oni spokojnie sobie zasnęli. Trochę pogadali, a
potem zgodnie zasnęli. CUDOWNIE wprost. Chociaż rezolutna Stefa powiedziała –
„mamo, ja boję się spać sama” (sama w domu, bo my jesteśmy przed domem, na
uroczym kamiennym patio z zadaszeniem z winorośli i oboje klepiemy w komputer –
o tej dysfunkcji innym razem, w innym blogu ; )) Ja do niej, że przecież nie śpi sama, bo śpi z Olkiem. A
ona, że „przecież nie ma tu nikogo większego od niej” To prawda, ale i tak
spokojnie zasnęli.
W każdym razie nie do końca wiadomo kiedy, ale jednak
nieodwołalnie Olek – Bolek – Monolek skradł moje serce na dobre. Mały Czaruś
uwodziciel z uśmiechem, który rozpoczyna od jednej połowy ust, a za chwilę ten
półuśmiech rozlewa się po całych jego słodziutkich usteczkach. Wiem, że to
jakieś grafomańskie brednie matki- wariatki ale zasadniczo mam to w dupie. Są
wakacje, dzieci mam ekstra, wypiłam kieliszek wina (ups!), wczoraj byłam na
plaży i jest bosko! Żałuję tylko, że tyle czasu zajęło mi dojrzenie do tych
uczuć, które robią mi tak dobrze. To niestety nie była miłość od pierwszego
wejrzenia. Olek po prostu tego dokonał sam. To on pomnożył to, co we mnie było,
to on zrobił więcej miłości, którą mogłam mu podarować.
Mam do siebie żal, że minęły 3 miesiące a ja nie pisałam,
nie dokumentowałam każdej kupy i krostki…przecież wiem jak to szybo mija i
odchodzi w niepamięć…To były zupełnie inne 3 miesiące niż ze Stefcią. Byłam
bardzo aktywna i zawodowo i ogólnie życiowo. Olek na początku żył narzuconym
cyklem karmienia co 2,5 h i wtedy uważałam, że jest nasz
„obowiązkowy czas wspólny” a reszta jest dość okazjonalna. Szybko wymagałam od
niego „samodzielności” i wszystko przyspieszałam. Ponieważ już wiedziałam mniej
więcej, co jest za tydzień albo dwa, to naturalnie, wewnętrznie przyspieszałam
jego rozwój. Zamiast dobrze przyjrzeć się temu jak on to robi, to sprawdzałam
czy robi to jak Stefka. Trudno nie porównywać dzieci, ale jednak się da. Można
niestety powiedzieć, że trochę z tych 3 miesięcy straciliśmy, albo gorzej – ja
straciłam, na dodatek na własne życzenie. Mądry ten mój syn, że mnie zatrzymał
i rozkochał w sobie. Mam szczęście do facetów : ))
Trochę luzuję. Trochę z powodu wakacji a trochę z powodu tych
wszystkich przemyśleń przestałam karmić wg schematu Tracy Hogg. Jemu ten
schemat po prostu nie służył. Stefce wprost przeciwnie – dobrze jej robił z
góry wiadomy rytm. Olek chyba nie lubi schematów (zupełnie jak tatuś : ). Jest
taki pogodny i szczęśliwy od czasu, kiedy poprzytulamy się i może mnie
pociućkać kiedy mi to zakomunikuje. Na wakacjach jest łatwiej – jesteśmy
non-stop razem. Nie wiem, czy ten scenariusz sprawdzi się po powrocie do domu,
ale warto spróbować. Inną sprawą jest to, że żeby rozszyfrować komunikat Olka
też potrzebowałam trochę czasu, więc może tak po prostu musiało być…
Niewiarygodnego mam farta, bo on jest równie pogodny, jeśli
nie bardziej pogodny i spokojny niż Stefcia. Dobry z niego chłopak. Stwarza
tylko problemy w Warszawie. Dlaczego? – nie wiem. Marcin ma oczywiście na ten
temat swoją teorię. Prawda jest pewnie taka, że we mnie też Wawa budzi pewien
niepokój a on dostaje to z mlekiem. W końcu był przecież jakiś powód, dla
którego nie chcieliśmy tam mieszkać…Olek to wie i już. Dzieci są mądre. Nawet
takie małe dzieci jak Olek.
Sądzę, że nasza bajka o miłości zaczęła się, kiedy zaczął
się uśmiechać. Jakoś wszystko ten chłopak robi wcześniej niż książkowo.
Uśmiecha się chyba od 5 tygodnia życia. Jeszcze nie widział zbyt dobrze i trzeba
się było przysunąć, żeby zobaczył i rozpoznał nas z odległości około metra.
Rozpromieniał się wtedy. Teraz nawet „gulgocze” i „pohihuje” z radości. Jest
naszą gąską. Wszystko co usiłuje powiedzieć zaczyna się na „G” albo ma „G” w
środku. To może on jednak jest bardziej indorkiem ? No, jakkolwiek.
Przyznam jednak, że najwięcej emocji wzbudza w nim siostra. Kiedy ją dostrzeże,
to oprócz obezwładniającego uśmiechu, macha łapkami i wydaje z siebie piskliwe
dźwięki. Nie można się pomylić – to radość w czystej postaci! Stefę napawa to
wielką dumą, mówi do niego wtedy „tak, jest siostra, taaak, siostrzyczka
przyszła do Olka” Jeśli cokolwiek można oceniać na tym etapie, to muszę przyznać,
że ich relacja jest wyjątkowa i nas rodziców bardzo to cieszy.Mamy bardzo fajne dzieci!
Stefa pyta, czy będziemy się jeszcze całować i czy będzie
więcej dzieci. No, co tu powiedzieć…chyba raczej nie Stefciu. Mam do
zwiedzenia prawie cały świat jak już dorośniecie i muszę mieć na to trochę
czasu, będąc jeszcze w dobrej kondycji, więc nie powiem, że trochę odliczam, kiedy
to będzie a kolejny cud natury znowu dołożyłby do sterty jeszcze kilka
kalendarzy. Poza tym nie jestem pewna czy tatuś miałby tyle cierpliwości…nie do
Was dzieci – do mnie : ))
wtorek, 26 lipca 2011
Czy foki jedzą pieniądze ?
Cudowne są rozmowy z czteroipółlatką. Jej pomysły na opisanie i zrozumienie świata są cudownie świeże i zabawne. Oto 2 przykłady z ostatnich tygodni.
Stefa mówi (nie pamiętam do kogo - może do Olka) "Zamknij się". Oboje podskakujemy dotknięci takim aroganckim tekstem w ustach słodkiej Stefci i śpieszymy wyjaśniać, że "tak nie wolno, że to niegrzecznie,że lepiej powiedzieć bądź cicho" itp itd. Stefa poważnie potraktowała temat i zaskoczona naszą reakcją odparła: "ale jak to? przecież mówi się SEZAMIE ZAMKNIJ SIĘ" Rzeczywiście, zapomnieliśmy...
Byłyśmy w fokarium na Helu. Jest tam "studnia" do której wrzuca się monety puszczając je ze specjalnej "zjeżdżalni" a one krążą długo zanim wpadną do dziury. Stefa oczywiście naciągnęła mnie na 2 czy 3 monety. Potem zajęłyśmy się oglądaniem fok ale magiczna studnia nie dawała Stefie spokoju. Pobiegła oglądać ją ze wszystkich stron, żeby wydobyć wrzucone monety. Powiedziałam jej, że nie da się ich wyjąć bo wrzucając je do środka pomagamy fokom i je nakarmimy. Rzeczywiście głupio powiedziałam bo Stefcia odparła bardzo zaskoczona "To foki jedzą pieniądze??" Okazało się, że historia ta miała pewien kontekst o którym nie wiedziałam. Wyciąganie pieniążków ze "studni" nie było tak głupim pomysłem jak mi się początkowo wydawało bo okazało się, że na pikniku naukowym, który Stefa odwiedziła z babcią taka "studnia" była prezentowana a pieniążek można było odebrać, bo chodziło tylko o zaprezentowanie mechanizmu a nie zbiórkę pieniędzy, o czym poinformowała mnie babcia usłyszawszy moją historię. Żeby sprawę bardziej skomplikować muszę dodać, że chwilę po naszej konwersacji o "bezmonetowej" diecie fok, Stefa obejrzała ekspozycję muzeum, gdzie zobaczyła wypchaną fokę, która umarła bo...najadła się monet... No i bądź tu człowieku mądry!
Seria pytań, na które trudno odpowiedzieć: - Gdzie zaczyna się ślimak ? - Co je Bóg? Takie tam łatwizny jak "gdzie mieszkają goryle"? albo "gdzie pieprz rośnie" załatwiam od ręku (podpierając się moim iphonem czasami). Stefka zatem nabrała przekonania, że jak czegoś nie wiem to "mam to w telefonie" Marcin oczywiście dostrzegł w tym wielkie wychowawcze zagrożenie, mianowicie deprecjacje wiedzy i potrzeby jej gromadzenia i zbytnią pochwałę techniki...
piątek, 08 lipca 2011
Olek skończył miesiąc
Czego nauczył się młody człowiek w trakcie ostatniego miesiąca: - kontrolować gałki oczne żeby nie rozbiegały się w przeciwnych kierunkach - bezbłędnie wywąchiwać pierś pełną mleka - pluć smoczkiem w dal - życiowy rekord 1 m! - dostrzec wyraźnie swoje własne spodnie w czarno-białe paski (oczywiście kiedy nie są na pupie a na przykład na brzegu łóżeczka) - doprowadzać mamę i tatę do szału ; )
Stefcia w tym czasie nauczyła się: - gwizdać - skakać na skakance - jeździć na 2 kołowym rowerze (!) - literek K, N, R
Poza tym Olek organizuje nam takie różne małe wyzwania, nieznane nam dotąd - NIEMOWLĘCY TRĄDZIK - jest po prostu pryszczaty i ROPIEJĄCE OCZKO - prócz tego że jest pryszczaty to patrzy jednym okiem...nie powiedziałabym że mam wielką ochotę demonstrować mojego "ślicznego" dzidziusia. Zabawne to nawet. Świat gugi-gugi śliczny dzidziuś to raczej nie nasza bajka ; )
Na szczęście każdego dnia jest coraz bardziej kontaktowy i nasza specjalna relacja się tworzy. Ma tylko chłopak niefart bo jestem nieczułą jędzą kiedy mam atak stawów - a że przez ostatni tydzień było mega fatalnie to nie było w domu wesoło. Kiedy cierpię tak, że już mi się wydaję że tak żyć się nie da a każdy ruch i oddech to zmaganie żeby nie wyć z bólu i nie straszyć dzieci to nic nie jest dobre i miłe - nawet niewinny, słodki, pachnący dzidziuś...żal mi go - nie daję mu wtedy z siebie tego ciepła, które powinien dostać. Wiem, że teraz buduje całe poczucie bezpieczeństwa jakim będzie dysponował w swoim dorosłym życiu i ta świadomość jeszcze dodatkowo mnie frustruje. Na szczęście tego co jest teraz, nie będzie jeszcze pamiętał. On jest jak mały,perfekcyjny barometr - kiedy tylko mnie boli i jestem nieszczęśliwa i zdesperowana to okazuje się, że on ma "fatalny dzień" - ryczy i nie możemy nad nim zapanować. To chyba przechodzi do niego z mlekiem...ze zdziwieniem odkryłam tę zależność. Normalnie - jest słodki i wyregulowany. Może nie jest książkowym egzemplarzem jak Stefcia ale zupełnie dobrze można się z nim "dogadać". Zasadniczo jak każde dziecko - kiedy jest wyspany i najedzony to jest absolutnie bezproblemowy. Kocham go! (dzisiaj mnie nie boli : )
Co to jest wampir?
Stefcia zapytała nas wczoraj "co to jest wampir". Po chwilowym wahaniu odpowiadaliśmy, że to taki stwór który na prawdę nie istnieje, że jest aktywny w nocy i ...przysysa się do szyi i wypija krew... czekaliśmy z niepokojem na jej reakcję po tak dramatycznej informacji...Po krótkim namyśle Stefcia na to - "aha to ja wiem, to jest kleszcz"
: ) i wszystko jasne
wtorek, 21 czerwca 2011
foto album - pierwsze 2 tygodnie
I tydzień:  Stefa sądzi że jej brat "ciągle ryczy". Zgadzam się z nią.  Jak go dobrze "skrępuję" to nawet czasem zaśnie ...  w 3 dobie dumna Stefka trzyma go tuż zanim nakłuto mu piętę dla zbadania fenyloketonurii i czegoś jeszcze...  mały aniołeczek przez to 40 min drzemki!  zamyślony - zastanawia się czy już ryczeć czy za chwilkę ... II tydzień  w wózku w ogrodzie jest ok - drzewa, ptaszki i wszystko chyba czarno-białe  na tym zdjęciu jakiś taki krępy jest...wygląda jak "kark" i do tego taki łysolek trochę - włosy po tacie - wiadomo  a to przytulki Olka z Olką  to, zawsze zamyka usta i uspokaja : ) Jeszcze tylko jakieś 18 może 19 lat i się wyprowadzi! Trzeba być cierpliwym : ))
|